
Pomoc dla Afryki
Wieloletni mieszkaniec Legionowa, który włączył się w pomoc dla mieszkańców Afryki, po raz kolejny chce wyruszyć aby wspomagać mieszkańców czarnego lądu.
Już w grudniu Jarosław Deska planuje kolejną podróż do Afryki, a konkretnie do miejscowości Laare w Kenii. O tym jak wspomóc misję można przeczytać na www.adopcja-oaza.pl.
Poniżej prezentujemy wzruszającą historię Jarosława:
„Kenia, mój drugi dom…
W 2009 roku dostałem propozycję wyjazdu do Kenii, ale broń Boże, nie na safari, ani na plażę w Mombasie, ale do buszu, na tradycyjną kenijską wieś, aby na własne oczy zobaczyć, jak wygląda tamtejsze życie i jak wygląda pomoc dzieciom, które tu w Polsce mają swoich „dalekich rodziców” w ramach programu Adopcji na odległość. To wręcz niesamowite, że za jednego dolara dziennie afrykańskie dziecko może mieć opłaconą szkołę, kupioną wyprawkę, mundurek szkolny, posiłek, a także w razie potrzeby leczenie.
Ktoś powiedział, że pieniądze to nie wszystko i miał absolutną rację. Przebywając z dziećmi, organizując im czas wolny, rysując wspólnie, grając z nimi w piłkę widziałem ile znaczy dla nich to, że ktoś tak po prostu chce im poświęcić trochę czasu.
Ich życie nie jest proste. Surowe afrykańskie warunki, głód, brak wody, choroby, sprawiają, że wiele dzieci umiera. Dzieci szybko muszą dorastać, bo gdy brakuje na miskę ryżu, już nawet w wieku pięciu lat muszą pracować, opiekować się młodszym rodzeństwem, przynosić wodę, zbierać chrust pod palenisko.
Woda to chyba główny problem nie tylko Kenii, ale całej Afryki. Gospodarka wodna jest więc jedną z najbardziej rozwijających się w ostatnim czasie. Budowane są tanki, czyli zbiorniki na wodę, która w porze deszczowej jest bardzo obfita i zamienia drogi w rwące rzeki, ale niestety bardzo szybko ginie.
Wioska Laare położona w malowniczej kotlinie między wzgórzami pasma Niambene, na granicy sawanny, którą zamieszkuje plemię Samburu, znane wielu z „Białej Masajki” to miejsce, której jest dla mnie drugim domem, ale życie jest tam niezwykle ciężkie dlatego, że w promieniu kilkunastu kilometrów nie ma żadnego cieku wodnego. Życiodajna woda jest w sumie na wyciągnięcie ręki, ale trudno rękę zanurzyć 300 metrów pod ziemię.
Dzięki staraniom siostry Alicji Kaszczuk, która jest przełożoną orońskiej misji w Laare, ruszyła budowa studni. Podejmowanych było już kilka prób, ale wulkaniczna skała, do tego na głębokości kilkudziesięciu metrów starorzecze powodowały, że wiertła się łamały, a kolejne firmy wyprowadzały się z wioski. W tej chwili z niemiecką precyzją wiercony jest nowy otwór. Udało się już dokopać do głębokości ok. 190m. Pokonana została wulkaniczna skała i są już pierwsze oznaki wody, ale to jeszcze nie jest zadowalająca głębokość.
Szyb to jedno, ale potrzebna jest przecież jeszcze pompa, no i tanki. To wszystko, to koszt ponad stu tysięcy złotych z czego na chwilę obecną udało się zebrać zaledwie dziesiątą część.
Jeśli ktoś chciałby dorzucić swój grosik i wesprzeć budowę studni, to wdzięczność mieszkańców wioski będzie nie do opisania. Wreszcie dzieci nie będą musiały biegać po wodę kilkunastu kilometrów.
11 grudnia po raz trzeci wracam do domu, do Kenii, na tereny plemienia Meru u stóp wulkanu Góry Kenia. Chcę spędzić z dzieciakami Święta Bożego Narodzenia, chcę być pomocnikiem Świętego Mikołaja, którym może być każdy z Państwa.
O tym gdzie jestem, co robię będę pisał na blogu www.adopcja-oaza.pl, i na facebooku. Zapraszam wszystkich mieszkańców naszego miasta do współtowarzyszenia mi w tej wyprawie.
Jarosław Deska"












